8/01/2014

Zostałam zdemaskowana.

Mój blog zaszczycono odwiedzinami. Zgoła nieoczekiwanymi, albowiem obiecałam sobie, że nie pozwolę tego piśmienniczego padołu łez i narcyzmu przeczytać nikomu, kto kiedykolwiek miał ze mną okazję zamienić choć parę słów.
Lecz duet R&R doskonale wie, jak złamać resztki mojej asertywności i wczoraj moje uszy prawie dosłownie zapłonęły ogniem. Dlaczego ja nie potrafię powiedzieć 'nie'? Głupia, nie powinnam w ogóle o nim wspominać.


Nie tym jednak chciałam zatruwać meandry Internetu.
Mianowicie, od kilku dni tkwię w niezaprzeczalnie kleistym, wszechobecnym, rozrywającym mi płuca szczęściu. Skąd ono się wzięło? Jeszcze ostatnia notka była godnym pożałowania łabędzim śpiewem mojego umierającego optymizmu.
Zupełnie jakbym otworzyła jedne z niedawno wspominanych zatrzaśniętych drzwi i zalała mnie fala światła od nich bijąca (albo miała raka mózgu, taki scenariusz też już rozważałam, dopuściłam się nawet dyskusji na ten temat z panną K.).
Coś się przepaliło, coś pstryknęło, z ucha wypadło mi kółko zębate i teraz cieszę się z zupełnie niepoważnych, nieistotnych szczegółów - takich jak Pan Żyd mówiący Pani Kasjerce w Tesco, że ma ładne okulary, plastikowych koralików połyskujących w słońcu, delikatnie obijających się o okno, mimowolnych uśmiechów przechodniów, dziadka trzymającego wnuka na oparciu balkonu, by mógł zobaczyć okolicę.

I jeszcze cieszą mnie oczy innych ludzi, uwielbiam się w nie patrzeć. Niesamowite, zawsze unikałam wzroku innych. Teraz najlepiej przepaliłabym ich swoim własnym, zajrzała na dno duszy, rozepchała się i bezczelnie zaczęła wypytywać o szczegóły.



Nie rozumiem, co się dzieje, ale wcale tego nie chcę. Płynę z prądem. Na jak długo?
Oby jak najdłużej.

7/29/2014

'Summertime sadness' pełną parą.

Jest mi dziś smutno. Zasmucił mnie zapach powietrza i układ cieni zachodzącego słońca. Wszystko brzmiało jak zeszłoroczne lato.

I znów nie wiem, czego chcę. Mam nadzieję, że to tylko okres przejściowy przed przełomem, który ma nastąpić we wrześniu. Którego się boję. I na który czekałam cały rok, a jednak im bliżej 29 września, tym bardziej chcę, by życie przestało iść naprzód.
Studia w Londynie? Czy to kiedykolwiek był dobry pomysł? Sama nie wiem.

Ale moim marzeniem jest zostać ilustratorem, więc nie zatrzymam się, choć strach dławi mi gardło.


I jedyne, czego jestem pewna, to że wciąż pragnę tej jednej rzeczy i pragnę jej egoistycznie, kosztem innych. Wciąż samej ciężko mi się do tego przyznać. Poświęcam jej jednak zdecydowanie za dużo myśli okrężnych.

Chcę na wieś. Chcę przycupnąć przy kupce kamieni i małym klonie, gdzie wyryłam swoje inicjały będąc jeszcze dzieckiem. Chcę podejść na skraj pola, spojrzeć na słońce zachodzące za wąskim paskiem lasu na końcu horyzontu. Wciągnąć nosem zapach ziemi, suchej trawy i krów. Odwrócić się na pięcie, przejść obok stosu pustaków, pożegnać psa na łańcuchu. Otworzyć furtkę, zaskrzypieć zawiasami i szybko wbiec po schodach, do domu, do drzwi, omal nie upadając na kolano. Wejść do zimnego przedpokoju, otworzyć drzwi kuchni. Niech zaleje mnie światło taniej żarówki, jak już wyplączę się z kolorowych pasków chroniących pomieszczenie przed muchami. Chciałabym zapytać babci, czy mogę zjeść płatki na kolację z zimnym mlekiem. A potem położyć się, w zupełnej ciszy nie mąconej odgłosami miasta, w ciemności pozbawionej światła latarni za oknem.
I zasnąć bez zmartwień.


Czy już zawsze będę tęsknić za tym, co minęło? Zamknęłam za sobą zbyt dużo drzwi. Wciąż słyszę echo trzasku, jakie wydały.


Summertime sadness, jak się patrzy.

7/27/2014

Zaskakujące!

33 wyświetlenia! Szaleństwo! Sława i jupitery! Czerwony dywan, Lana del Rey śpiewająca mi 'Sto lat' oraz tort w kształcie mojej twarzy!

...tak, jasne. Co jest zastanawiające, 12 wyświetleń pochodzi od użytkowników z Wielkiej Brytanii (czyli całkiem sporo wzięło się po prostu z bałwochwalczego przeglądania bloga przeze mnie samą... W końcu trzy posty warte są już przeglądania), ale są i pewne z USA oraz Niemiec.
Absolutnie żadnego z Polski.

Jakież to meandry Internetu przebyli owi użytkownicy, że dotarli aż tutaj? Nie chcę wiedzieć.


I znów niedziela, jutro rozpoczynamy kolejne pięć dni nie warte zupełnie niczego, prócz pieniędzy, które zarobię, a potem strwonię w jeden z weekendów. Wczorajszy dzień był dobry, naprawdę taki, jaki powinien być codziennie. I jest mi smutno, że minął.



Krążę ostatnio myślami pośród tematów, które są niedorzeczne. Nierealne - a mimo wszystko to, pragnęłabym, by część z nich się spełniła. Byłoby to jednak egoistyczne. Chciałabym mimo to posmakować tym razem tego egoizmu choć trochę. Potrzebuję jednak pewnych działań, których nie mogę zainicjować sama. Bo nie potrafię. I owe kroki i tak nie spotkałyby się z niczym innym, jak dziwnym spojrzeniem. Marzę więc tylko o czymś drobnym.

Wracam do leniwej, niedzielnej egzystencji. Idę zjeść jogurt.

7/26/2014

Lato czasem bywa w porządku.

Ogółem nie cierpię tej pory roku, gdyż temperatura wytapia ze mnie wszelką chęć do życia.
Ale dzisiaj jest w porządku.

Skończył się jeden z najokropniejszych tygodni jakie udało mi się przeżyć w Londynie. Dzisiaj jest sobota i obudziłam się naturalnie, o godzinie jedenastej, nie wyrwana wystrzałem wibracji mojego telefonu o 3:40, czym zaszokowałam swój organizm, bo posiadam dziś dwa piękne, fioletowe półksiężyce pod oczami, choć powinno być zupełnie na odwrót.
(i znów zbudowałam zdanie na cały akapit, od zawsze było to moją klątwa)

Obecnie siedzę w zachwycającej wylęgarni instagramowego hipsterstwa (można to również nazwać kawiarnią) i próbuję wyobrazić sobie, że jestem jednym z owych, londyńskich indywiduów, którzy mają tak fajną pracę, że mogą wydawać 15 funtów na kawę i omlet.
Co i tak niechybnie uczyniłam, choć moja praca nie jest fajna w ogóle.

Ale teraz, w tej dokładnie zbyt szybko przemijającej chwili, jestem indywiduem... Indywiduą? Indywidualistką! Albowiem piszę notkę na swojego ultra-hipsterskiego, przez nikogo nie czytanego bloga i zaraz zacznę kolejny, niczym nie wykraczający poza moje obecne umiejętności rysunek za pomocą tabletu graficznego, licząc, że kogoś może na to poderwę.


Lecz mimo wszystko, jest dziś pięknie, choć gorąco, oddycham nadzieją na lepsze jutro i powietrze pachnie wspomnieniami.


Odpoczywam.

7/22/2014

Wtorek jest brzydkim dniem.

Poniedziałek, środa, czwartek oraz połowa piątku także. Udało mi się osiągnąć ten smutny okres w życiu, kiedy tylko moje weekendy sprawiają, że jeszcze mogę się pochwalić jakąś osobowością -  na co dzień jestem zbyt zmęczona swoją głupią pracą by być kreatywną.
I jakkolwiek nie próbowałabym się przekonać, oglądanie seriali wcale nie poszerza moich horyzontów i nie można uznać tego za zajęcie kreatywne.


Piątku, dlaczego jesteś tak daleko?


Czekam na mój co-weekendowy zastrzyk nadziei, że właśnie w ten nadchodzący zdarzy się coś ekscytującego na tle romansowo-towarzyskim. Cokolwiek. Obniżyłam już swoje standardy do absolutnego minimum, które sprawi, że zadowolę się byle czułostką. Zrobiła się ze mnie znów samotna, smutna gimnazjalna krowa, która marzy o czymś tak niedorzecznym jak CHŁOPAK. Przyjrzyjmy się temu słowu dokładnie - CHŁOPAK - cóż to takiego znaczy? W moim wieku powinno się raczej mówić "partner". Jakie to głupie. Doprawdy - mam dwadzieścia lat a psychikę wciąż tą samą od 2005 roku i w końcu potknę się o własny brak rozsądku i trzeźwego myślenia o rzeczywistości.


Chyba ukrócę swój pozbawiony kreatywności byt na dzisiaj i pójdę spać. Oczywiście, najpierw ułożę historię o kimś sławnym i atrakcyjnym w mojej głowie, będę w niej brać udział, to chyba jasne. To także od 2005 roku nieprzerwanie dostarcza mi rozrywki.

7/20/2014

Powtórzę, coś tak trywialnego jak tytuł, nie frasuje mnie.

Ogólnie rzecz biorąc, nie frasuje mnie absolutnie nic co dotyczy kwestii treści i prowadzenia tego bloga. Po raz pierwszy w swojej karierze internetowej absolutnie nie posiadam zwykłej dla mnie potrzeby parcia na szkło. Po próbach osiągnięcia sukcesów na witrynach deviantarta, bloga onetowego, fotobloga czy sędziwego buzzneta uwalniam się od chęci bycia docenionym.

(Pomińmy zatem w ironicznej ciszy fakt, że wciąż utrzymuję styl pisania, jakbym kierowała go do potencjalnych czytelników, może jednak swoich pobudek nie da się stłumić w pełni)

Prawda jest też taka, że czas już jakiś brakuje mi pisania. Odkąd kontakt mój i mojej Najbliższej Przyjaciółki urwał się zupełnie, nie ma nikogo, z kim mogłabym dzielić swe dziwne zapędy do pisania powieści o celebrytach (mając lat dwadzieścia, można to uznać za pewne wypaczenie), a że utknęłam gdzieś pomiędzy resztkami talentu a ledwo iskrzącym potencjałem na pisarza (przynajmniej tatuś mi mówił, że powinnam pisać fantastykę), uciekam znów do prowadzenia bloga.

Niech to będzie mój dziennik. Po raz drugi w swoim życiu i niezbyt długim odcinku czasowym stoję na progu ogromnych zmian i najzwyczajniej w Świecie mam ochotę zawinąć się w koc i nigdy stamtąd nie wychodzić, że też się posłużę tą nadużywaną metaforą.
Strach będzie moim największym wrogiem, zawsze był, o czym świadczy ten rok. Był zupełnie absurdalny. Mogłabym próbować zgadywać latami jak potoczy się mój los po wyjeździe do Londynu, ale na pewno nie wpadłabym na to, co wydarzyło się w przeciągu ostatnich miesięcy.
A i tak jest mi smutno, że niedługo zakończę ten etap. Pewne jego elementy już spłonęły, ale wciąż wpatruję się zrozpaczona w tę żałosną kupkę popiołu, jakby miałby z niej powstać feniks, tyle, że życzyłabym sobie, aby był inny i niczego nie pamiętał z poprzedniego życia. Może kiedyś wyjaśnię tę zawiłą metaforę. Na razie nie jestem na to gotowa.

Zakończmy na tym pierwszy wpis w dzienniku.