8/01/2014

Zostałam zdemaskowana.

Mój blog zaszczycono odwiedzinami. Zgoła nieoczekiwanymi, albowiem obiecałam sobie, że nie pozwolę tego piśmienniczego padołu łez i narcyzmu przeczytać nikomu, kto kiedykolwiek miał ze mną okazję zamienić choć parę słów.
Lecz duet R&R doskonale wie, jak złamać resztki mojej asertywności i wczoraj moje uszy prawie dosłownie zapłonęły ogniem. Dlaczego ja nie potrafię powiedzieć 'nie'? Głupia, nie powinnam w ogóle o nim wspominać.


Nie tym jednak chciałam zatruwać meandry Internetu.
Mianowicie, od kilku dni tkwię w niezaprzeczalnie kleistym, wszechobecnym, rozrywającym mi płuca szczęściu. Skąd ono się wzięło? Jeszcze ostatnia notka była godnym pożałowania łabędzim śpiewem mojego umierającego optymizmu.
Zupełnie jakbym otworzyła jedne z niedawno wspominanych zatrzaśniętych drzwi i zalała mnie fala światła od nich bijąca (albo miała raka mózgu, taki scenariusz też już rozważałam, dopuściłam się nawet dyskusji na ten temat z panną K.).
Coś się przepaliło, coś pstryknęło, z ucha wypadło mi kółko zębate i teraz cieszę się z zupełnie niepoważnych, nieistotnych szczegółów - takich jak Pan Żyd mówiący Pani Kasjerce w Tesco, że ma ładne okulary, plastikowych koralików połyskujących w słońcu, delikatnie obijających się o okno, mimowolnych uśmiechów przechodniów, dziadka trzymającego wnuka na oparciu balkonu, by mógł zobaczyć okolicę.

I jeszcze cieszą mnie oczy innych ludzi, uwielbiam się w nie patrzeć. Niesamowite, zawsze unikałam wzroku innych. Teraz najlepiej przepaliłabym ich swoim własnym, zajrzała na dno duszy, rozepchała się i bezczelnie zaczęła wypytywać o szczegóły.



Nie rozumiem, co się dzieje, ale wcale tego nie chcę. Płynę z prądem. Na jak długo?
Oby jak najdłużej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz