12/13/2014

Bum!

Czuję, że zapomniałam jeszcze czegoś powiedzieć, czegoś prostego, co jest tuż na powierzchni całej tej kleistej cieczy w kociołku mojego szaleństwa... Ach, tak!

Mam dość! Poddaję się! Teraz wasza kolej. Nie będę już obdarowywać nikogo uczuciami, które odbijają się jak kauczuk od ściany, bez zupełnie żadnego skutku dla owej ściany. Nie zrobię tego! Nie nagnę się! Nie pójdę łasić się jak pies! Nie! Kropka, wykrzyknik i basta!

Chcę się uwolnić!



Tak bardzo chcę...



Tak  bardzo chcę, by tak naprawdę ktoś uwolnił mnie.
Ratunku.

Zaległości? Eseje? Obowiązki? 404 Page Not Found.


Miesiąc przerwy od studiów. Oszaleję. Niby okres z dawna wyczekiwany, by dogonić własne lenistwo, ale też i ogromne ryzyko by znów rozpuścić się w codziennych czynnościach, takich jak picie kawy przez dwadzieścia siedem minut czy oglądanie własnej twarzy, próbując dowiedzieć się, dlaczego moje życie wygląda tak, a nie inaczej.
Panie najsłodszy, pozwól mi tym razem pokonać swą wewnętrzną kluskę i spełnić wszystkie cele tej przerwy świątecznej! Szczególnie upraszam się o znalezienie w sobie siły, aby wreszcie odkleić się od pewnej idei.
Czasem naprawdę potrafię sformułować w sobie postanowienie na tyle silne, na tyle sensowne by śmiało zrobić pierwszy krok i z mlaskiem oderwać palce od tej lepkiej myśli. Tak łatwo jednak moją silną wolę zdruzgotać jednym pociskiem błękitu, spięciem materii, naelektryzowaniem tkanki, przeszyciem dźwięku!
Żyję w jakimś licho utkanym kokonie pozornie stworzonego bezpieczeństwa. Tracę czasem poczucie prawdziwości swego życia. Co tak naprawdę jest w nim namacalne, ukształtowane i pewne? Przedmioty? Płaszcz, torebka i karta bankowa? Cierpię na zanik rozsądku. Pewnego dnia ściana runie.

Ta ostatnia myśl, wiedzie mnie do knowań na temat znakomitej mej umiejętności od wyrzynania całych kawałów swego życia, zupełnie jakby były zepsutym kawałkiem jabłka, czymś, co należy usunąć, by na powrót uzyskać estetyczność przedmiotu. Na chwilę obecną posiadam całą połać, łąkę wspomnień, na którą zapuszczam się tylko po to, by zrobiło mi się bardzo nieprzyjemnie na żołądku i uciec czym najprędzej, powstrzymując mdłości. Nie jest to tylko metafora. Pewne powroty w przeszłość prawdziwie wywołują we mnie fizyczny dyskomfort.


Mowa-trawa. Błądzę. Szyfruję. Bezcelowo, ale lepiej dmuchać na zimne.
Autokrytyko, dosięgnij swego celu! 

12/08/2014

A ja mam jutro deadline, a wy nie!

Cóż, stało się zupełnie tak jak przewidywaliśmy - blog znudził mi się po czterech depresyjnych, pozbawionych sensu wpisach. Hiatus szacujemy na jakieś cztery miesiące.

Mimo to, powracam dzisiaj, by ponownie słowa echem odbiły się od wirtualnych ścian tego zakątka Internetu, którego zupełnie nikt nie odwiedza.
Po prostu znów mi się wydaje, że jestem Gombrowiczem.


Zróbmy szybkie podsumowanie stanu umysłu na chwilę obecną. Dolega mi hipochondria, niedoleczone zauroczenie, zaćma nadzieją i zamieranie organu służącego za posuwanie się do przodu w procesie wytwarzania własnej osobowości oraz rozsądnego życia.
Ta hipochondria to tak naprawdę, abstrahując zupełnie od kluskowatych metafor zjadacza przeciętnych książek - w ciągu ostatnich dwóch miesięcy już dwa razy godziłam się z faktem, że niedługo umrę na raka płuc - czy przestałam palić? - oczywiście, że nie, jestem przecież brązową krową o niedoborze silnej woli.


Zjadłam właśnie ciasto. Nie było wcale smaczne.




W porządku. Zakończymy nareszcie ową paplaninę artysty na ćwierć gwizdka i zabierzmy się do pracy. W końcu taki był sens całej mojej wyprawy do sąsiedniej dzielnicy Londynu, do najbardziej zaprzyjaźnionej kawiarni. Pokazał mi ją latem pan R., tysiąc i dwa dni temu.


Jeśli się nie wyleczę, to zginę! Do roboty, Jonc, do pracy nad sobą, otoczeniem, Światem i uczuciami!