Nie ma czasu na duzo slow.
Trzeba isc spac, bo jutro kolejny dzien pelen watpliwosci
Trawa. Sucha, zolta i pachnaca. Lekko zaokraglajacy sie horyzont. Bawelniany powiew.
Teskno, bardzo teskno.
Zupelnie tak, jakbym nie potrafila zyc w terazniejszosci.
Boli.
Robi sie ogolem coraz bolesniej.
Chcialabym tylko miec kogos, komu moge przekazac cala swoja milosc do Swiata. I opowiadac o tym, co dla mnie wazne. To egoistyczne.
Nie wiem, nic nie wiem. Gdybyscie tylko byli w stanie zrozumiec, jak bardzo jestescie dla mnie wazni.
Mam ochote nurzac sie w tej apatii az do drugiej w nocy.
Ale trzeba isc spac. Jutro kolejny dzien pelen watpliwosci.
Coś tak trywialnego jak tytuł, nie frasuje mnie.
1/28/2016
12/19/2015
Nienawidze nowej czesci Star Wars - a nawet jej jeszcze nie widzialam.
Okay.
Poprawilo mi sie od ostatniego razu. Powiedzmy.
Opis mojego stanu serca do godziny mniej wiecej 13:00 dzisiejszego dnia wygladal tak:
1. W porzadku, tesknie za toba, jesli nie widze cie dluzej niz trzy dni, ale ten stan juz znamy - przerabialismy go na Klaptonowie. Po prostu lubie twoje towarzystwo. Tyle.
2. Tak, zrozumialam poniekad, ze nie bedziemy razem, ale bardzo (BARDZO!) chce abysmy zostali chociaz przyjaciolmi. Naprawde niewiele do tego trzeba pracy - po prostu moglibysmy widywac sie poza Railway? Chce bys potrzebowal mojego towarzystwa tak jak i ja potrzebuje twojego.
Punkt numer dwa zaczal sie dzisiaj spelniac
On, Kretyn: Chodz ze mna na Star Wars!
Ja, Idiotka: Jej, tak! Ale musisz poczekac, bo jutro nie moge.
On: Kretyn: No, okay. Niech bedzie.
On, Kretyn: Wiesz co? Jednak nie chce mi sie na ciebie dzien dluzej czekac. Pojde sam.
...
...
...
...
Ja, Niezalezna i Silna Kobieta bez Rozumu (ale tylko w myslach): TO IDZ SAM, TY FRAJERZE, OBYS WYGLADAL ZALOSNIE WSROD TYCH WSZYSTKICH PERFEKCYJNYCH NERDOWSKICH PAR (ktora swoja droga moglibysmy byc!) i twoja strata, nic wiecej! Ekscytuj sie sam, wymieniaj komentarze z powietrzem. Wal sie.
Teraz juz nic od ciebie nie chce. Nie mam sily. Jade do domu na Swieta i nic innego sie nie liczy. Dlaczego mi to zrobiles? Ja pewnie przesadzam - jednak wszyscy dobrze wiedza, jak latwo mnie zranic. Moje pytanie brzmi: Dlaczego sie wycofales? Dlaczego wciaz sie wycofujesz?! Idz do diabla. Ty diable.
Umre na zgryzoty. Swieta prawda.
12/05/2015
Wow.
polskie znaki - 404 server not found.
Moje zycie od ostatniego wpisu nieco sie zmienilo.
Tak, kupilam sobie MacBooka.
(I po raz kolejny zastanawiam sie, jaki jest sens stylizowania mojej wypowiedzi dla potencjalnych odbiorcow. Ja nie mam odbiorcow. Ja mam tylko przerosniete ego.)
W kazdym razie, powracam na ten padol lez, aby po raz kolejny wyzalic sie powietrzu. Naprawde licze na to, ze spisanie moich bardzo ludzkich i wlasciwie nikomu nie obcych, nudnych wrecz i codziennych problemow pozwoli mi sie jakos z nimi borykac.
Zdrowy rozsadek nie dziala. W kwestii tez rowniej dostalam tyle porad, ze spokojnie uzbieralaby sie sredniego rozmiaru broszurka na trzydziesci stron spisana Arialem osemka, a mimo to, nie dociera do mnie nawet jej okladka. Nawet oszukac siebie potrafie, odwracanie uwagi takze nie przynioslo skutkow.
Niniejszy manifest wydaje sie jedynym sensownym rozwiazaniem: (uwaga, wylaczam uzywanie szyfrow i pseudo-literackiego jezyka)
Precz z mojego zycia! Zniknij i abysmy w ogole razem nie pracowali (tak jak w przyszlym tygodniu), mam nadzieje, ze nawet nie bedziemy sie mijac pomiedzy zmianami - obys sie spoznial jak najczesciej, zebym mogla isc do domu, zanim twoja osoba zepsuje mi spokoj umyslu. Nie chce na ciebie patrzec ani slyszec twojego glosu, nie chce by absolutnie nawet jeden atom twojej obecnosci zaklocal moje jestestwo.
Nie chce abys sie wprowadzal do tego samego domu! Nie chce cie wcale, a najbardziej dlatego, ze mamy tak
DUZO
WSPOLNEGO
i
ja
przestalam sobie radzic
z tym calym cierpieniem
i to tak bardzo nie ma sensu
ze ja
wciaz mam nadzieje
ze moze kiedys bedziemy razem.
Jestem bardzo zmeczona. Bardzo.
Bycie mna mnie wykancza.
I nie bardzo wiem, jak uzyskac pomoc.
Musze cos zjesc. Musze przestac sie nim przejmowac.
Moje zycie od ostatniego wpisu nieco sie zmienilo.
Tak, kupilam sobie MacBooka.
(I po raz kolejny zastanawiam sie, jaki jest sens stylizowania mojej wypowiedzi dla potencjalnych odbiorcow. Ja nie mam odbiorcow. Ja mam tylko przerosniete ego.)
W kazdym razie, powracam na ten padol lez, aby po raz kolejny wyzalic sie powietrzu. Naprawde licze na to, ze spisanie moich bardzo ludzkich i wlasciwie nikomu nie obcych, nudnych wrecz i codziennych problemow pozwoli mi sie jakos z nimi borykac.
Zdrowy rozsadek nie dziala. W kwestii tez rowniej dostalam tyle porad, ze spokojnie uzbieralaby sie sredniego rozmiaru broszurka na trzydziesci stron spisana Arialem osemka, a mimo to, nie dociera do mnie nawet jej okladka. Nawet oszukac siebie potrafie, odwracanie uwagi takze nie przynioslo skutkow.
Niniejszy manifest wydaje sie jedynym sensownym rozwiazaniem: (uwaga, wylaczam uzywanie szyfrow i pseudo-literackiego jezyka)
Precz z mojego zycia! Zniknij i abysmy w ogole razem nie pracowali (tak jak w przyszlym tygodniu), mam nadzieje, ze nawet nie bedziemy sie mijac pomiedzy zmianami - obys sie spoznial jak najczesciej, zebym mogla isc do domu, zanim twoja osoba zepsuje mi spokoj umyslu. Nie chce na ciebie patrzec ani slyszec twojego glosu, nie chce by absolutnie nawet jeden atom twojej obecnosci zaklocal moje jestestwo.
Nie chce abys sie wprowadzal do tego samego domu! Nie chce cie wcale, a najbardziej dlatego, ze mamy tak
DUZO
WSPOLNEGO
i
ja
przestalam sobie radzic
z tym calym cierpieniem
i to tak bardzo nie ma sensu
ze ja
wciaz mam nadzieje
ze moze kiedys bedziemy razem.
Jestem bardzo zmeczona. Bardzo.
Bycie mna mnie wykancza.
I nie bardzo wiem, jak uzyskac pomoc.
Musze cos zjesc. Musze przestac sie nim przejmowac.
12/13/2014
Bum!
Czuję, że zapomniałam jeszcze czegoś powiedzieć, czegoś prostego, co jest tuż na powierzchni całej tej kleistej cieczy w kociołku mojego szaleństwa... Ach, tak!
Mam dość! Poddaję się! Teraz wasza kolej. Nie będę już obdarowywać nikogo uczuciami, które odbijają się jak kauczuk od ściany, bez zupełnie żadnego skutku dla owej ściany. Nie zrobię tego! Nie nagnę się! Nie pójdę łasić się jak pies! Nie! Kropka, wykrzyknik i basta!
Chcę się uwolnić!
Tak bardzo chcę...
Tak bardzo chcę, by tak naprawdę ktoś uwolnił mnie.
Ratunku.
Zaległości? Eseje? Obowiązki? 404 Page Not Found.
Miesiąc przerwy od studiów. Oszaleję. Niby okres z dawna wyczekiwany, by dogonić własne lenistwo, ale też i ogromne ryzyko by znów rozpuścić się w codziennych czynnościach, takich jak picie kawy przez dwadzieścia siedem minut czy oglądanie własnej twarzy, próbując dowiedzieć się, dlaczego moje życie wygląda tak, a nie inaczej.
Panie najsłodszy, pozwól mi tym razem pokonać swą wewnętrzną kluskę i spełnić wszystkie cele tej przerwy świątecznej! Szczególnie upraszam się o znalezienie w sobie siły, aby wreszcie odkleić się od pewnej idei.
Czasem naprawdę potrafię sformułować w sobie postanowienie na tyle silne, na tyle sensowne by śmiało zrobić pierwszy krok i z mlaskiem oderwać palce od tej lepkiej myśli. Tak łatwo jednak moją silną wolę zdruzgotać jednym pociskiem błękitu, spięciem materii, naelektryzowaniem tkanki, przeszyciem dźwięku!
Żyję w jakimś licho utkanym kokonie pozornie stworzonego bezpieczeństwa. Tracę czasem poczucie prawdziwości swego życia. Co tak naprawdę jest w nim namacalne, ukształtowane i pewne? Przedmioty? Płaszcz, torebka i karta bankowa? Cierpię na zanik rozsądku. Pewnego dnia ściana runie.
Ta ostatnia myśl, wiedzie mnie do knowań na temat znakomitej mej umiejętności od wyrzynania całych kawałów swego życia, zupełnie jakby były zepsutym kawałkiem jabłka, czymś, co należy usunąć, by na powrót uzyskać estetyczność przedmiotu. Na chwilę obecną posiadam całą połać, łąkę wspomnień, na którą zapuszczam się tylko po to, by zrobiło mi się bardzo nieprzyjemnie na żołądku i uciec czym najprędzej, powstrzymując mdłości. Nie jest to tylko metafora. Pewne powroty w przeszłość prawdziwie wywołują we mnie fizyczny dyskomfort.
Mowa-trawa. Błądzę. Szyfruję. Bezcelowo, ale lepiej dmuchać na zimne.
Autokrytyko, dosięgnij swego celu!
Czasem naprawdę potrafię sformułować w sobie postanowienie na tyle silne, na tyle sensowne by śmiało zrobić pierwszy krok i z mlaskiem oderwać palce od tej lepkiej myśli. Tak łatwo jednak moją silną wolę zdruzgotać jednym pociskiem błękitu, spięciem materii, naelektryzowaniem tkanki, przeszyciem dźwięku!
Żyję w jakimś licho utkanym kokonie pozornie stworzonego bezpieczeństwa. Tracę czasem poczucie prawdziwości swego życia. Co tak naprawdę jest w nim namacalne, ukształtowane i pewne? Przedmioty? Płaszcz, torebka i karta bankowa? Cierpię na zanik rozsądku. Pewnego dnia ściana runie.
Ta ostatnia myśl, wiedzie mnie do knowań na temat znakomitej mej umiejętności od wyrzynania całych kawałów swego życia, zupełnie jakby były zepsutym kawałkiem jabłka, czymś, co należy usunąć, by na powrót uzyskać estetyczność przedmiotu. Na chwilę obecną posiadam całą połać, łąkę wspomnień, na którą zapuszczam się tylko po to, by zrobiło mi się bardzo nieprzyjemnie na żołądku i uciec czym najprędzej, powstrzymując mdłości. Nie jest to tylko metafora. Pewne powroty w przeszłość prawdziwie wywołują we mnie fizyczny dyskomfort.
Mowa-trawa. Błądzę. Szyfruję. Bezcelowo, ale lepiej dmuchać na zimne.
Autokrytyko, dosięgnij swego celu!
12/08/2014
A ja mam jutro deadline, a wy nie!
Cóż, stało się zupełnie tak jak przewidywaliśmy - blog znudził mi się po czterech depresyjnych, pozbawionych sensu wpisach. Hiatus szacujemy na jakieś cztery miesiące.
Mimo to, powracam dzisiaj, by ponownie słowa echem odbiły się od wirtualnych ścian tego zakątka Internetu, którego zupełnie nikt nie odwiedza.
Po prostu znów mi się wydaje, że jestem Gombrowiczem.
Zróbmy szybkie podsumowanie stanu umysłu na chwilę obecną. Dolega mi hipochondria, niedoleczone zauroczenie, zaćma nadzieją i zamieranie organu służącego za posuwanie się do przodu w procesie wytwarzania własnej osobowości oraz rozsądnego życia.
Ta hipochondria to tak naprawdę, abstrahując zupełnie od kluskowatych metafor zjadacza przeciętnych książek - w ciągu ostatnich dwóch miesięcy już dwa razy godziłam się z faktem, że niedługo umrę na raka płuc - czy przestałam palić? - oczywiście, że nie, jestem przecież brązową krową o niedoborze silnej woli.
Zjadłam właśnie ciasto. Nie było wcale smaczne.
W porządku. Zakończymy nareszcie ową paplaninę artysty na ćwierć gwizdka i zabierzmy się do pracy. W końcu taki był sens całej mojej wyprawy do sąsiedniej dzielnicy Londynu, do najbardziej zaprzyjaźnionej kawiarni. Pokazał mi ją latem pan R., tysiąc i dwa dni temu.
Jeśli się nie wyleczę, to zginę! Do roboty, Jonc, do pracy nad sobą, otoczeniem, Światem i uczuciami!
Mimo to, powracam dzisiaj, by ponownie słowa echem odbiły się od wirtualnych ścian tego zakątka Internetu, którego zupełnie nikt nie odwiedza.
Po prostu znów mi się wydaje, że jestem Gombrowiczem.
Zróbmy szybkie podsumowanie stanu umysłu na chwilę obecną. Dolega mi hipochondria, niedoleczone zauroczenie, zaćma nadzieją i zamieranie organu służącego za posuwanie się do przodu w procesie wytwarzania własnej osobowości oraz rozsądnego życia.
Ta hipochondria to tak naprawdę, abstrahując zupełnie od kluskowatych metafor zjadacza przeciętnych książek - w ciągu ostatnich dwóch miesięcy już dwa razy godziłam się z faktem, że niedługo umrę na raka płuc - czy przestałam palić? - oczywiście, że nie, jestem przecież brązową krową o niedoborze silnej woli.
Zjadłam właśnie ciasto. Nie było wcale smaczne.
W porządku. Zakończymy nareszcie ową paplaninę artysty na ćwierć gwizdka i zabierzmy się do pracy. W końcu taki był sens całej mojej wyprawy do sąsiedniej dzielnicy Londynu, do najbardziej zaprzyjaźnionej kawiarni. Pokazał mi ją latem pan R., tysiąc i dwa dni temu.
Jeśli się nie wyleczę, to zginę! Do roboty, Jonc, do pracy nad sobą, otoczeniem, Światem i uczuciami!
8/21/2014
Puf!
Szczęście wyparowało.
Aby pozostało całkowicie jasnym - opisywać będę właśnie egoistycznie swój stan ducha na chwilę obecną, właśnie trwającą i zatruwającą mi pogląd na resztę życia. Co będę czuć za piętnaście minut, tego sama nie wiem.
Mimo to, teraz (o ile da się w ogóle zdefiniować takie pojęcie. Czas pędzi do przodu bez opamiętania, nie pozwalając się nawet owemu 'teraz' przyjrzeć) jestem niczym stara szmata wyprana ze wszelkich pozytywnych uczuć, brak mi jakiejkolwiek nadziei i wszystko rozpływa się w tłustą, bezkształtną, szarą breję pachnącą deszczem i mokrym papierem.
Ostatnio pisałam o swoim nienaturalnym szczęściu. Znalazłam jego przyczynę. Przyczyna była niczym fajerwerk - szybka, gwałtowna, ekscytująca, niedorzeczna, kolorowa i śmieszna.
Ale się spalił.
Wybuchł mi przed twarzą.
Znów byłam głupia, po postanowiłam w ogóle go odpalić.
Ja najzwyczajniej na Świecie po prostu nie zasługiwałam na ten fajerwerk. Czemu w ogóle wyobrażałam sobie, że to może się udać? Nie mam teraz brwi, a oczy łzawią mi od dymu.
Płakałam dziś, bo przez moment wydawało mi się, że trzymaczka na ostrygową kartę (że też się posłużę dosłownym tłumaczeniem) wypadła mi z tylnej kieszeni i zostanę pozbawiona dowodu, karty debetowej, ostrygowej karty, karty bibliotecznej i karty lojalnościowej z Nero.
Wyobraziłam sobie, jak przez swoją głupotę nie polecę do domu w sobotę.
I przypomniałam sobie o fajerwerku.
Zrobiło mi się w ogóle bardzo smutno.
Jutro pewnie dostanę okresu.
Spróbuję zrobić choć część tego letniego zadania. Muszę w końcu ruszyć z miejsca, strach nie jest wymówką.
Aby pozostało całkowicie jasnym - opisywać będę właśnie egoistycznie swój stan ducha na chwilę obecną, właśnie trwającą i zatruwającą mi pogląd na resztę życia. Co będę czuć za piętnaście minut, tego sama nie wiem.
Mimo to, teraz (o ile da się w ogóle zdefiniować takie pojęcie. Czas pędzi do przodu bez opamiętania, nie pozwalając się nawet owemu 'teraz' przyjrzeć) jestem niczym stara szmata wyprana ze wszelkich pozytywnych uczuć, brak mi jakiejkolwiek nadziei i wszystko rozpływa się w tłustą, bezkształtną, szarą breję pachnącą deszczem i mokrym papierem.
Ostatnio pisałam o swoim nienaturalnym szczęściu. Znalazłam jego przyczynę. Przyczyna była niczym fajerwerk - szybka, gwałtowna, ekscytująca, niedorzeczna, kolorowa i śmieszna.
Ale się spalił.
Wybuchł mi przed twarzą.
Znów byłam głupia, po postanowiłam w ogóle go odpalić.
Ja najzwyczajniej na Świecie po prostu nie zasługiwałam na ten fajerwerk. Czemu w ogóle wyobrażałam sobie, że to może się udać? Nie mam teraz brwi, a oczy łzawią mi od dymu.
Płakałam dziś, bo przez moment wydawało mi się, że trzymaczka na ostrygową kartę (że też się posłużę dosłownym tłumaczeniem) wypadła mi z tylnej kieszeni i zostanę pozbawiona dowodu, karty debetowej, ostrygowej karty, karty bibliotecznej i karty lojalnościowej z Nero.
Wyobraziłam sobie, jak przez swoją głupotę nie polecę do domu w sobotę.
I przypomniałam sobie o fajerwerku.
Zrobiło mi się w ogóle bardzo smutno.
Jutro pewnie dostanę okresu.
Spróbuję zrobić choć część tego letniego zadania. Muszę w końcu ruszyć z miejsca, strach nie jest wymówką.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)