12/08/2014

A ja mam jutro deadline, a wy nie!

Cóż, stało się zupełnie tak jak przewidywaliśmy - blog znudził mi się po czterech depresyjnych, pozbawionych sensu wpisach. Hiatus szacujemy na jakieś cztery miesiące.

Mimo to, powracam dzisiaj, by ponownie słowa echem odbiły się od wirtualnych ścian tego zakątka Internetu, którego zupełnie nikt nie odwiedza.
Po prostu znów mi się wydaje, że jestem Gombrowiczem.


Zróbmy szybkie podsumowanie stanu umysłu na chwilę obecną. Dolega mi hipochondria, niedoleczone zauroczenie, zaćma nadzieją i zamieranie organu służącego za posuwanie się do przodu w procesie wytwarzania własnej osobowości oraz rozsądnego życia.
Ta hipochondria to tak naprawdę, abstrahując zupełnie od kluskowatych metafor zjadacza przeciętnych książek - w ciągu ostatnich dwóch miesięcy już dwa razy godziłam się z faktem, że niedługo umrę na raka płuc - czy przestałam palić? - oczywiście, że nie, jestem przecież brązową krową o niedoborze silnej woli.


Zjadłam właśnie ciasto. Nie było wcale smaczne.




W porządku. Zakończymy nareszcie ową paplaninę artysty na ćwierć gwizdka i zabierzmy się do pracy. W końcu taki był sens całej mojej wyprawy do sąsiedniej dzielnicy Londynu, do najbardziej zaprzyjaźnionej kawiarni. Pokazał mi ją latem pan R., tysiąc i dwa dni temu.


Jeśli się nie wyleczę, to zginę! Do roboty, Jonc, do pracy nad sobą, otoczeniem, Światem i uczuciami!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz